BLISKI WSCHÓD
ŚWIAT ARABSKI
CYWILIZACJA ISLAMSKA
03/12/2009

Góra Synaj inaczej

Półwysep Synaj / Fot. faculty.gordon.edu

Góra Synaj (2248m n.p.m.) w tradycji chrześcijańskiej jest uznawana za miejsce, w którym Bóg przekazał Mojżeszowi Dziesięć Przykazań. I choć nie ma stuprocentowej pewności, że biblijna góra Horeb to właśnie Góra Synaj, dziś szczyt ten jest jednym z najpopularniejszych celów wycieczek i pielgrzymek turystów odwiedzających kurorty nad Morzem Czerwonym - Sharm ash-Sheikh czy Dahab, a wschód słońca oglądany z wierzchołka uznawany jest za jedną z największych atrakcji półwyspu. Być może jednak piękniejszym od samego wschodu jest niesamowity widok na krystalicznie czyste nocne niebo, po którym rozlewają się miliony gwiazd. Kapitalna wprost widoczność powodowana jest brakiem zanieczyszczenia nieba światłem i spalinami miast, których na "zapomnianym przez Bogów" Półwyspie Synaj po prostu nie ma.

Na szczyt można dostać się w tradycyjny sposób, korzystając z organizowanych przez lokalnych przewodników nocnych wyjść połączonych z oglądaniem wschodu słońca lub spróbować dotrzeć na wierzchołek we własnym zakresie - można wówczas wybrać jeden z tych dni, kiedy klasztor Św. Katarzyny jest zamknięty, a górskie szlaki oplata cisza i pustka. Mała dygresja, decydując się na opcję nocnej wspinaczki warto zabrać ze sobą trochę cieplejszych ubrań, ponieważ podczas gdy temperatura na wybrzeżu w Sharm regularnie osiąga za dnia poziom czterdziestu kresek, na szczycie nocą spada do 10 stopni Celsjusza. My postanowiliśmy zdobyć wierzchołek Gebel Musa (tak nazywają tą górę tutejsi Beduini - dosł.: Góra Mojżesza) na naszych aluminiowych wielbłądach, czym od początku wprawiliśmy Beduinów w wyśmienity nastrój. Pukając się sympatycznie w czoło życzyli nam ironicznie miłego dnia. Ale po kolei...

Beduińskie wioski na piaszczystych płaskowyżach Synaju
Z piaszczystych plaż ku granitowym szczytom

Z nadmorskiego Dahab wyruszamy wcześnie rano wynajętą dzień wcześniej, po niemal półgodzinnych(!) pertraktacjach taksówką. Tak, to właśnie jest urok Bliskiego Wschodu, gdzie targowanie się jest sztuką, czasem przeradzającą się nawet w uliczny spektakl. Tym razem trafiamy na Kierowcę Roztropnego należącego do bardzo rzadkiego gatunku w Egipcie, który głębiej wierzy w sens przepisów drogowych niż w arabskie powiedzenie "insza allah" ("jeśli Bóg pozwoli") polegające na pozostawieniu wszystkiego - jak wynika z naszych obserwacji - losowi. Ostatnim razem jadąc do górskiej osady St. Katherine, byliśmy mimowolnymi uczestnikami śmiertelnego rajdu dwóch taksówkarzy, którzy stoczyli ze sobą po prostu wyścig krętymi i wąskimi drogami Synaju, łamiąc wszelkie możliwe przepisy, wymijając się na skalistych wirażach po zewnętrznej i...dużo by pisać, ale żyjemy i w dodatku wyścig wygraliśmy.

Po dwóch godzinach jazdy docieramy do niewielkiej wioski w samym sercu najwyższego pasma górskiego Synaju. Ruszamy z pod murów VI wiecznego klasztoru Św. Katarzyny tonącego w cieniach potężnych górskich ścian. Granitowe skały w porannym słońcu nabierają czerwonawych odcieni, zresztą kolorystka gór zmienia się tutaj wraz z kątem padania promieni słońca wędrującego po niebie. Inna jest wczesnym rankiem, jeszcze inna będzie późnym popołudniem. Wachlarz barw, którym słońce maluje turnie obejmuje delikatną czerwień, złoto, brąz, o każdej porze dnia skalisty i pozornie odarty z życia świat Synaju przybiera inną szatę.

Początek podjazdu na Gebel Musa

Według Biblii przekazanie Dziesięciu Przykazań miało to miejsce na Górze Horeb. Powszechnie jednak uważa się, że Synaj i Horeb to jeden i ten sam szczyt, choć pewne grupy badaczy lokalizują świętą górę w innych miejscach - min. na terenie dzisiejszej Arabii Saudyjskiej, bądź w północnej części Synaju. Powołując się na źródła chasydzkie, sama nazwa Synaj podchodzi od słowa sin-ah, oznaczającego "nienawiść", którą z rzekomej zazdrości darzyły wówczas Żydów inne narody. Inna z teorii wywodzi nazwę półwyspu od słowa Sin, akkadyjskiego Boga Księżyca, któremu oddawano cześć w starożytnych miastach Ur i Harran. Warto jednak zaznaczyć, że Półwysep Synaj ochrzczono tak dopiero w czasach wczesnego chrześcijaństwa, wcześniej w epoce Józefa Flawiusza ten skrawek ziemi nazywano Krainą Turkusu, z racji wydobywanego tutaj zielonawego kamienia. Pierwsi chrześcijańscy asceci udali się na półwysep w pierwszych wiekach naszej ery, osiedlając się pod szczytem Góry Serbal (ponad 60km do St. Katherine), która jak wówczas wierzono była biblijnym Horeb. U podnóża Serbal zbudowano nawet klasztor, ale w VI w. zbudowany został Klasztor Świętej Katarzyny u podnóży "obecnej" Góry Synaj, co doprowadziło do opuszczenia i upadku klasztoru pod Serbal.

W surowej krainie

Krajobraz zdominowany jest przez spalone słońcem doliny - olbrzymie koryta wyschniętych rzek okresowych (tzw. wadi), spatynowane na różne odcienie niemal nie gasnącymi promieniami słońca. Niezwykle uboga flora i fauna obejmuje zaledwie kilka gatunków roślin i zwierząt, które były w stanie zaadaptować się do skrajnie niekorzystnych warunków. Poza kurortami rozłożonymi nad brzegami Morza Czerwonego, w głębi lądu, w nieprzystępnym świecie gór i pustyń istnieje tylko kilka niewielkich wiosek i oaz przytulających się do życiodajnych źródeł wody.

Mury Klasztoru Świętej Katarzyny

W zasadzie nie wiedzieliśmy czego się możemy spodziewać po trasie na Mt.Sinai, dwa dni wcześniej w Wadi Zaghra termometr zatrzymał się na 42C w cieniu, w słońcu temperatura przekraczała 60C. Na zjazdach gorący wiatr "wypalał" oczy i skórę, woda w bukłaku zagotowała się po kilku godzinach przeprawy, zamieniając się w ohydną ciepłą "zupę". Okazuje się, że za dnia poza mocno prażącym słońcem warunki są tutaj znośne, głównie z racji dużej wysokości nad poziomem morza (samo miasto Św. Katarzyny leży na wysokości 1500m n.p.m.). Pedałujemy więc równym rytmem w górę, pierwsze trzy kilometry pokonując wygodną ścieżką wdrapującą się nieregularnymi serpentynami na przełęcz (1700m n.p.m.).

Im wyżej się wznosimy, tym temperatura robi się przyjemniejsza. Panoramy rozpościerające się na sąsiednią dolinę z tonącą głęboko w dole niewielką beduińską wioską odsłaniają kilka interesujących ścieżynek wijących się trudnym skalnym terenem. Ścieżki te wydeptane były setki lat przez Beduinów Dżabalija zamieszkujących terytoria Gór Wysokich. Co warte podkreślenia tutejsi Beduini są potomkami rodzin wołoskich i bośniackich sprowadzonych przez cesarza Justyniana dla obrony monastyru w 527 r. i gdzieś te słowiańskie rysy w ich twarzach można jeszcze dzisiaj dostrzec. Sceneria robi się wyśmienita, nitka szlaku, którym wspinamy się w górę wije się gdzieś w dole ginąc pomiędzy skałami, zapowiadając bardzo ciekawy zjazd. Wdziera się we mnie jakaś euforia, być może dlatego, że nastraszeni opowiadaniami o trudnościach trasy, upałach panujących tutaj za dnia, nastawiliśmy się na prawdziwe piekło. A nie jest najgorzej.

We wczesnych porannych godzinach sprzymierzeńcem trekkerów i mt-bikerów jest zaskakująco chłodne powietrze

W końcu docieramy na wysokość 2000m n.p.m., na coś w rodzaju skalnej platformy. Tutaj ścieżki rozchodzą się w kilku kierunkach, zbiegając do doliny i Klasztoru Czterdziestu ("40 mnichów", którzy zostali ongiś wymordowani w wyniku tragicznej pomyłki przez Beduinów), nasza natomiast wiedzie na szczyt Góry Synaj 700 schodami wykutymi - jak mówi lokalna legenda - przez mnicha w ramach pokuty za popełnioną zbrodnię. Dzieło piekielne, ale nie dość tego, bo cała ścieżka stworzona przez mnicha startująca z doliny obok liczy 3700 schodów... Ostatnie 700 schodów to niesienie sprzętu na plecach, męka, krótki, rwany oddech, na szczęście na tej wysokości powietrze jest przyjemnie schłodzone (30C). W końcu szczyt, 2284m n.p.m. Na wierzchołku stoją niewielkich rozmiarów kapliczka i meczet. To tutaj właśnie Mojżesz miał otrzymać Dziesięć Przykazań, to tutaj pielgrzymują każdego roku tysiące chrześcijan i muzułmanów. Ale dzisiaj jest zupełnie pusto. W oddali majaczy błękitna wstęga Zatoki Akaba, miasteczka Taba, Eilat, setki kilometrów gór Arabii Saudyjskiej. Dookoła rozlewają się szczyty, ale panorama jest już mniej efektowna niż podczas naszej pierwszej wizyty tutaj o wschodzie słońca, które teraz górując nad dolinami i szczytami "wysysa" i desaturyzuje ich barwy.

Gebel ed-Deir czyli Klasztorna Góra

Uderza wszechobecna cisza, siedzimy i wsłuchujemy się w nią, wpatrzeni w setki bezimiennych szczytów rozlewających się dookoła... Zjazd z wierzchołka choć dość mocno absorbujący technicznie, okazuje się wykonalny w 95%. Z przełęczy ruszamy dynamiczną ścieżką, która będzie teraz zbiegać 6km w dół do St. Katherine, dosłownie frunąc się nad dolinami. Pył z pod kół włazi w oczy więc zjeżdżamy w niewielkich odstępach. Oglądam z góry jak Karolina nurkuje w dół górskimi serpentynami na przełęcz, z rysującymi się w tle pionowymi ścianami Gebel el-Deir (arab. Klasztorna Góra), kapitalny widok. Trasę kończymy w niewielkiej mieścinie St. Katherine, którą ochrzciliśmy "egipskim Zakopanem". Tylko z racji lokalizacji u podnóży tutejszych gór, bo sama mieścina to raptem kilka skromnych sklepów, hotelików i... pusta głównej ulicy, na której o tej godzinie nie ma żywej duszy. Teraz nie marzymy o niczym innym jak o zmrożonej wodzie z lodówki i chłodzących falach Morza Czerwonego...

Zjazd w dolinę tzw. Drogą Paszy (Sikket el-Basha)

Zobacz też:

Beduini i region Sant Katherine:
st-katherine.net

Wspinaczka w Górach Wysokich:
www.climbsinai.com
www.israelalpine.org
www.summitpost.org

Nurkowanie w Dahab:
www.dahab-info.com
www.desert-divers.com
www.freedivedahab.com

MTB na Półwyspie Synaj:
www.g3riders.com

Tekst: Sebastian Nagło / Zdjęcia: Karolina Kniaź, Sebastian Nagło

Ten artykuł jeszcze nie ma żadnych komentarzy.
Skomentuj!
Reklama
2009-2017 Arabicae.com email: arabicae@arabicae.com | tel: +48 696 502 449 | o portalu | nota informacyjna | strona główna